Nad urwiskiem, przy krawędzi, tam gdzie przepaść się wyłania moje konie ja rzemieniem ciągle chłostam i poganiam, czasem braknie mi powietrza, wdycham wiatr z kurzawą mgielną, czuję śmierci zimny oddech, że już koniec, koniec ze mną…. Trochę wolniej, wolniej konie, poluzujcie proszę, moim wodzom się nie dajcie zwieść. Ach co za konie mi przypadły, narowiste konie, jeszcze żyć tak się chce, by dokończyć tę pieśń. Koniom wody czas dać, pieśń dośpiewać i gnać, bo niedługo ja tu gdzie jest kres będę stać. Pewnie zginę, bo wietrzysko hula z siłą huraganu i po śniegu mnie powloką moje konie jutro rano, może lepiej będzie kłusem, więc zwolnicie trochę konie, opóźnijmy wszyscy razem naszą drogę w nieboskłonie… Trochę wolniej, wolniej konie, poluzujcie proszę, moim wodzom się nie dajcie zwieść. Ach co za konie mi przypadły, narowiste konie, jeszcze żyć tak się chce, by dokończyć tę pieśń. Koniom wody czas dać, pieśń dośpiewać i gnać, bo niedługo ja tu gdzie jest kres będę stać. Zdążyliśmy, na sąd boski wszak się spóźniać nie wypada, chór aniołów w złości śpiewa, każe z grzechów się spowiadać, tylko dzwonek przy tych saniach od łez moich już rdzewieje, A ja wciąż do koni krzyczę by zwolniły, bo oszaleję Trochę wolniej, wolniej konie, poluzujcie proszę, moim wodzom się nie dajcie zwieść. Ach co za konie mi przypadły, narowiste konie, jeszcze żyć tak się chce, by dokończyć tę pieśń. Koniom wody czas dać, pieśń dośpiewać i gnać, bo niedługo ja tu gdzie jest kres będę stać.
© Jacek Beszczyński. Tłumaczenie, 2017
© Jacek Beszczyński. Wykonanie, 2020