Nie lubię, gdy ktoś mówi "Źle się skoftczy", Bo życia trud nie nuży nigdy mnie. Nie lubię też nadejścia takiej pory, Gdy jestem chory, lub upijam się. Nie lubię ludzi zimnych i cynicznych, W zachwyty też nie wierzę, ani gdy, Ktoś obcy czyta moje własne listy, Przez ramię zaglądając skrycie mi. Nie lubię w życiu braku konsekwencji, Albo gdy ktoś rozmowę przerwie w pół. Nie lubię, gdy ktoś komuś strzela w plecy, Nie zgadzam się na strzały z kroków dwóch. Wprost nienawidzę plotek i konszachtów, Zwątpienia, hołdów, szyderstw, ani też, Kiedy pod włos ktoś bierze bez ustanku, Albo żelazem zgrzypi wciąż po szkle. Nie lubię pychy płytkiej i bezmyślnej, Hamulce niech już lepiej zwolnią nam. I martwi mnie, że słowo „honor" ginie, I że się za nim kryje tysiąc kłamstw. A gdy złamane widzę jakieś skrzydła, Nie czuję żalu, ale dziwnie mi. Nie lubię, gdy znów przemoc i bezsiła, Ot, tylko żal Chrystusa, jego krwi. Nie lubię siebie też, gdy bać się czegoś muszę, I czuję złość, gdy bić niewinnych chcą. Nie cierpię wręcz, gdy ktoś mi włazi w duszę, Tym bardziej zaś, gdy ciągle pluje w nią. Nie lubię aren, ni widowisk wielkiej gali, Bo tam na grosz odwagę zmienia się. Niech sobie tam w przyszłości wielkie zmiany, Ja nigdy nie polubię tego. Nie!
© Ryszard Woźniak. Tłumaczenie, 1983